Oszukańcze polisy

Oszukańcze polisy – o co chodzi?

Około 5 milionów osób w Polsce jest właścicielami toksycznego produktu finansowego, który precyzyjnie nazywa się „polisa na życie z ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym”. Popularnie, choć niezbyt prawidłowo mówi się o tych produktach „polisolokaty”. Na czym polega oszustwo?

Polisy te były często sprzedawane zamiast lokat, w nieuczciwych bankach. Klient myślał, że składa pieniądze na lokacie „z dodatkowym ubezpieczeniem”. Nic podobnego. To nie lokata i nie ubezpieczenie.

Polisy takie były sprzedawane jako produkty bezpieczne, mające zapewnić oszczędności. W rzeczywistości to ryzykowna gra, zazwyczaj kończąca się poważnymi stratami finansowymi.

W wielu umowach sprzedający takie produkty obiecywali klientom „gwarancję kapitału”, czyli zwrot na koniec trwania polisy tego, co się wpłaciło. Zazwyczaj było to kolejne oszustwo – gwarancja obejmuje najczęściej ok. 85% wpłacanych pieniędzy, a i ona jest „papierowa”. Ubezpieczyciel zwróci takie pieniądze pod warunkiem, że fundusz do którego pakowane są pieniądze nie zbankrutuje, a zbankrutować może zawsze.

Czym więc są „polisolokaty?

Mechanizm wygląda tak: kupujemy coś co się nazywa ubezpieczeniem, ale w rzeczywistości jest to oferta lokowania naszych pieniędzy w różnego rodzaju fundusze giełdowe, obligacje wypuszczane przez firmy itp. Ubezpieczenie w wypadku naszej śmierci to kwoty symboliczne: 100 pln, 1000 pln itp.

Teoretycznie można na takiej polisie zarobić, ale w praktyce nawet jeśli pojawia się kilkuprocentowy zysk, to jest on zjadany przez liczne opłaty. Są to na przykład „opłaty za zarządzanie” – co oznacza tyle, że płacimy za możliwość SAMODZIELNEGO przerzucania części pieniędzy z jednego funduszu do drugiego. Firma ubezpieczeniowa oczywiście żadnym zarządzaniem się nie zajmuje. Są opłaty administracyjne, za ryzyko, za przeniesienie pieniędzy między dostępnymi funduszami itp. Dość powiedzieć, że takie opłaty skutecznie zżerają jakiekolwiek zyski. Przypadki niewielkiego wzrostu wartości rachunków, zazwyczaj poniżej inflacji, są bardzo rzadkie. Reguła jest prosta: firma zarabia zawsze dojąc nasze konto na wiele sposobów, my nie zarabiamy prawie nigdy.

Kiedy klient połapie się w tym i uzna, że takie „oszczędzanie” nie ma sensu okazuje się, że już jest w pułapce. Umowy o „polisolokaty” są zawierane na wiele lat nawet na 30, częściej jednak na 10, 15 lub 20. Kiedy klient chce wypłacić swoje oszczędności wcześniej, okazuje się, że ubezpieczyciel karze go za to surowo. W pierwszych dwóch latach za zerwanie umowy wiele firm konfiskuje 100% oszczędności klienta. W kolejnych latach ten procent zmniejsza się – 80%, 70%, 60% – sama kwota jednak rośnie, bo liczona jest od całości zgromadzonych oszczędności.

I na tym polega ta diabelska pułapka: masz do wyboru – płacić, płakać i patrzeć jak wartość twoich oszczędności regularnie spada albo nie rośnie, albo stracić większość zaoszczędzonych pieniędzy gdy wycofasz się z umowy.

Polskie sądy oraz Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów uznają zgodnie tego rodzaju umowy za nadużycie i uważają że są one niedozwolone. Jest już kilkadziesiąt prawomocnych wyroków, które nakazują zwrot pieniędzy bezprawnie skonfiskowanych przez ubezpieczycieli. Ubezpieczyciele oddają pieniądze pod przymusem. Jeśli nie mają jasnego wyroku sądowego w konkretnej sprawie udają, że sprawa ich nie dotyczy. Klienci skazani są więc na wyszarpywanie nieuczciwym finansistom swoich własnych oszczędności na drodze sądowej.

Można to zrobić poprzez proces indywidualny, albo zbiorowy.